Moje doświadczenia w restauracji z gwiazdką Michelin na Podhalu. Dwie istotne wpadki
2024-08-22
Autor: Jan
Podczas długiego weekendu sierpniowego odwiedziłam restaurację Giewont, która niedawno otrzymała prestiżową gwiazdkę Michelin i znajduje się w malowniczej Kościelisku, tuż obok Zakopanego. Byłam zaskoczona, że w porze obiadowej lokal nie był zbytnio oblegany, co zaskoczyło mnie w kontekście oczekiwań dotyczących tak renomowanego miejsca.
Widok z mojego stolika był niesamowity. Przez ogromne okno rozciągała się zapierająca dech w piersiach panorama Tatr. Jedzenie, które zamówiłam, było na wysokim poziomie, jednak nie zabrakło dwóch charakterystycznych wpadek ze strony obsługi, co sprawiło, że moje doświadczenie było mieszane.
Restauracja Giewont znana jest z dbałości o lokalne składniki oraz sezonowe menu, które odzwierciedla regionalną kuchnię w nowoczesnym wydaniu. Już sama decyzja o przyznaniu gwiazdki Michelin jest dla niej dużym sukcesem, biorąc pod uwagę, że w Polsce mamy zaledwie sześć restauracji z tym wyróżnieniem. Dwie gwiazdki zdobyła jedynie krakowska Bottiglieria 1881.
Sama kulinarną przygodę z Giewontem rozpoczęłam od zarezerwowania stolika. Cieszyłam się, że udało mi się to zrobić na 10 dni przed planowaną wizytą, więc podekscytowana dotarłam do restauracji na umówioną godzinę. Zewnętrznie budynek pięknie komponował się w tatrzański krajobraz, łącząc tradycję z nowoczesnością.
Po przybyciu zauważyłam przestronną, przeszkloną kuchnię, co dodatkowo potęgowało atmosferę. Wnętrze samej restauracji było przytulne, z drewnianymi elementami oraz delikatnym wystrojem. Wszystko to sprzyjało komfortowym chwilom.
Jednak pierwszą wpadkę zauważyłam zaraz po złożeniu zamówienia. Podczas gdy zamawiałam potrawy, kelner omyłkowo powiedział, że mam alergię na kiwi, co było dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Okazało się, że pomylił mnie z inną osobą przy stoliku obok, co na szczęście nie wpłynęło na dalszy proces zamówienia.
Potrawy, które otrzymałam, zachwycały zarówno wyglądem, jak i smakiem. Na początek dostałam wyjątkowego tatara, który w połączeniu z soczystym jajkiem i aromatycznym serem okazał się strzałem w dziesiątkę. Main course – jagnięcina z puree ziemniaczanym – była perfekcyjnie przygotowana, a mocno ziołowy sos doskonale komponował się z mięsem.
Następnie przyszedł czas na deser, ta faza obiadu była dla mnie wyjątkowa. Na talerzu dostrzegłam efektowne danie z palącą się świeczką. Kelner przyznał, że to pomyłka i że „świętowała” jakąś okazję. Na początku byłam zaskoczona, ale cała sytuacja wywołała we mnie śmiech, również z powodu słodkiej nieporadności personelu. Deser był nadzwyczaj elastyczny, a jego smak przenosił mnie w inny wymiar, co sprawiło, że szybko zapomniałam o początkowych wpadkach.
Rachunek w pewnym momencie był zaskakująco wysoki, co jest normą w restauracjach Michelin, ale biorąc pod uwagę wyjątkowość tego miejsca, uważam, że warto było. Całość doświadczenia, mimo pojedynczych błędów, okazała się niezapomniana – doskonałe jedzenie w towarzystwie niezapomnianych widoków Tatr.