Czy Trump ma szansę na zwycięstwo w walce z Meksykiem?
2025-02-05
Autor: Michał
żona Carlosa Barrachiny, profesora politologii na Uniwersytecie Anáhuac w stolicy Meksyku, w kampanii przed wyborami w czerwcu zeszłego roku okazała się bardzo nieostrożna. Występując w imieniu opozycji, zorganizowała spotkanie na terenie, który jeden z gangów narkotykowych uważał za swój. – Przyszli i obcięli palec Danielowi, asystentowi mojej żony. Miała szczęście, bo gdyby to byli twardziele, już by nie żyła – mówi profesor Barrachina.
W Meksyku co roku ginie około 40 tys. ludzi w wyniku przemocy, co porównywalne jest z liczbą Amerykanów, którzy stracili życie podczas całej wojny w Wietnamie. Meksykański kraj jest zasadniczo podzielony na trzy części: jedna, w której państwo niemal nie istnieje i rządzą gangi, druga, gdzie organizacje przestępcze kontrolują podzielony teren i trzecia, w której władze próbują utrzymać kontrolę, ale stają w obliczu silnej przemocy.
Meksykańskie gangi mają długą historię, sięgającą czasów powojennych, a ich obecność wynika z położenia kraju pomiędzy producentami narkotyków a rynkiem amerykańskim. Historia walki z narkotykami zaczęła się w 2006 roku, kiedy prezydent Felipe Calderón wprowadził wojnę z narkotykami, mając na celu stłumienie działalności karteli. Niestety, bilans tej wojny jest tragiczny – przynajmniej pół miliona zabitych.
Dziś, chociaż wiele karteli wciąż niezmiennie działa, istnieje znacznie więcej mniejszych grup przestępczych, co utrudnia walkę z nimi. „Nie można wymagać od lokalnych policjantów, aby byli herosami, wiedzą, że jeśli nie podporządkują się gangom, zginą” – mówi profesor Barrachina.
Meksykańskie gangi nie tylko handlują narkotykami, ale także czerpią dochody z wymuszeń i kontroli produkcji różnych dóbr. Rządzącymi mechanizmami są liczby: restauracje, farmy czy też sklepy spożywcze – wszyscy płacą haracz. Niezwykła jest również przemiana, jaką przeszły gangi, przejmując kontrolę nad eksportem awokado czy ropy naftowej, co w niektórych regionach kraju stało się koniecznością.
Dokumentowanie przestępczości i korupcji w Meksyku nasiliło się po zmianie władzy, kiedy w 2000 roku władza została przekazana innym partiom. Ten proces decentralizacji zrewolucjonizował rynek polityczny i sprzyjał rozwojowi karteli. W 2012 roku powróciła Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna (PRI), a Enrique Peña Nieto zapowiedział walkę z kartelami, co jednak nie przyniosło rezultatów.
Prezydent López Obrador, znany jako AMLO, podjął próbę zwalczania karteli socialnymi programami, co przyciągnęło większą uwagę ze strony krytyków, którzy wskazali, że takie podejście nie przynosi efektów. Jego rządy zbiegły się z kadencją Donalda Trumpa, który wprowadził szereg restrykcji na granicy amerykańsko-meksykańskiej. To z kolei stworzyło nowe możliwości dla gangów, które zaczęły intensyfikować przemycane imigrantów i narkotyki przez bardziej skomplikowane szlaki.
Obecnie nie ma oznak na to, że przyszła prezydent Claudia Sheinbaum miałaby zmienić tę politykę. „Meksyk nie stanie się nową Wenezuelą, ale wracamy do systemu jednej partii, jak za PRI” – mówi Barrachina. Niezbędne jest więc przemyślenie na nowo podejścia do zarządzania zarówno bezpieczeństwem, jak i międzynarodową współpracą, aby zwalczyć potęgi przestępcze. Wydaje się, że walka z trudną rzeczywistością meksykańską będzie wyzwaniem nawet dla najbardziej zdeterminowanych przywódców, w tym Donalda Trumpa.