Prawie kupiłem bezużyteczny sprzęt. Wpadłem w pułapkę marketingu!
2024-08-06
Autor: Piotr
Mój redakcyjny kolega kilka dni temu przesłał mi link do produktu, który nazwał „ciekawym urządzeniem”. Przesuwając szybko zdjęcia, na początku nie zorientowałem się, z czym mam do czynienia, a automatyczne tłumaczenie nazwy produktu przez AI sprawy nie ułatwiało. Brzmiała ona: „YOTO Zestaw mini + zestaw startowy – odtwarzacz audio Bluetooth bez ekranu, wszystko w jednym, urządzenie podróżne do opowiadań, muzyki, podcastów, radia, białego szumu, budzika, do użytku jako głośnik”.
W rzeczywistości jest to głośnik Bluetooth z miejscem na specjalne karty z podcastami dla dzieci. Może fakt, że nie jestem ojcem kilkulatka, uchronił mnie przed zachwytem, bo po zapoznaniu się z produktem napisałem, że za ułamek ceny tego gadżetu (kosztuje 350 zł) można kupić głośnik Bluetooth. Kolega argumentował, że ten produkt dzięki swojej funkcji jest niezależny od smartfonu rodzica. Stwierdziłem więc, że można osiągnąć podobny efekt, kupując głośnik z wejściem na karty pamięci. Później pojawiły się jeszcze argumenty o łatwości obsługi, które także zbijałem (chodziło na przykład o kilka funkcji przypisanych do jednego pokrętła). Rozeszliśmy się w pokoju, pozostając przy swoich zdaniach.
Piszę o tym, bo wspomniany głośnik jest doskonałym przykładem na to, że marketingowcy sprzedają nam nie produkty, ale historie o nich, a sukces ich sprzedaży zależy od tego, czy te historie uznamy za atrakcyjne. Marketing działa w ten sposób od zawsze, ale w potopie plastiku i elektrośmieci to zagadnienie jeszcze bardziej rzuca się w oczy. Szczególnie gdy staramy się nie kupować rzeczy oczami, ale z rozmysłem i zgodnie z realnymi potrzebami.
Przejdźmy do drugiego przykładu, który może lepiej ukazuje problem. Kilka tygodni temu opisywaliśmy urządzenie o nazwie Lightphone 3. To telefon wyglądający jak cegła, który nic nie potrafi, ale za to dużo kosztuje. Historia, jaką sprzedają marketingowcy, jest banalnie piękna. Wszyscy jesteśmy przyspawani do smartfonów, przewijamy, tracimy czas, potrzebujemy cyfrowego detoksu. Lightphone przychodzi jak Superman, by uratować resztki naszego człowieczeństwa. Koloryzuję, ale to nic w porównaniu z tym, co czytamy na stronie produktu. Twierdzą, że jest to narzędzie lepszego życia, które prowadzi do rozkwitu i bycia kontrkulturą zamkniętą w pudełku przypominającym telefon.
Patrząc na minimalistyczny interfejs urządzenia, w pierwszej chwili pomyślałem – to coś dla mnie, skoro też jestem przyspawany do smartfona. Jednak otrzeźwienie przyszło po kilkudziesięciu sekundach, gdy inny mój redakcyjny kolega napisał: „Chcesz nowy fancy gadżet, a nie walczyć z uzależnieniem od smartfona. Gdybyś chciał walczyć z tym drugim, włączyłbyś odpowiednie tryby koncentracji w telefonie i odinstalował aplikacje”. Oczywiście miał rację. Istnieją specjalne aplikacje oferujące zamianę smartfona w telefon z podstawowymi funkcjami, a jeśli nie chcemy wydawać ani jednej złotówki, możemy osiągnąć podobny efekt w ustawieniach telefonu.
Marketing Lightphone’a mnie porwał, ale cieszę się, że nie kupiłbym tego urządzenia – bo jest bez sensu. Uderza mnie jednak fakt, jak łatwo jesteśmy sterowani w zderzeniu z marketingową maszyną. Mamy tu do czynienia z małą firmą zbierającą fundusze na produkcję swojego towaru przez crowdfunding. Co powiedzieć wtedy o gigantach, którzy mają potężne budżety marketingowe?
Czyli czasem po prostu myślenie i świadomość rzeczywistych potrzeb mogą nas uratować przed pochopnymi zakupami. Jak pisał Erich Fromm w swoich "Esejach o nieposłuszeństwie": "Homo consumens to człowiek, którego głównym celem nie jest posiadanie rzeczy, ale stale rosnąca konsumpcja, która kompensuje wewnętrzną pustkę, bierność, osamotnienie i niepokój". Przyglądajmy się więc bliżej temu, co naprawdę jest nam potrzebne, i jakie historie próbują nam sprzedawać marketingowcy.
Refleksje końcowe
Analizując te przypadki, dochodzę do wniosku, że marketingowcy od zawsze wiedzieli, jak wykorzystać nasze pragnienia, lęki i aspiracje do swoich celów. Dziś, w erze intensywnej digitalizacji i mediów społecznościowych, mają do dyspozycji jeszcze potężniejsze narzędzia. Pozostaje nam tylko mieć świadomość tych mechanizmów i podejmować decyzje zakupowe w sposób świadomy i przemyślany. Tym bardziej, że żyjemy w społeczeństwie, które bardziej ceni posiadanie przedmiotów niż relacje międzyludzkie.
Niezależnie od tego, czy chodzi o głośnik Bluetooth, który okazuje się być przeznaczony głównie dla dzieci, czy o telefon, który ma nas uratować przed cyfrowym uzależnieniem, jedno jest pewne: warto przystanąć na chwilę i zastanowić się, czy naprawdę potrzebujemy danego produktu, czy też może wystarczy nam to, co już mamy. Erich Fromm powiedział kiedyś, że "w człowieku dominuje potrzeba konsumowania i posiadania, które wpierają wewnętrzną pustkę", ale może warto zmienić podejście i skupić się na tym, co naprawdę ma znaczenie.